Zaloguj się

Get Adobe Flash player
Dzisiaj jest: 18 Czerwiec 2019    |    Imieniny obchodzą: Elżbieta, Paula, Marek

Bezpośredni kontakt z księdzem dyżurnym: tel. 59 857 23 28

 

I

   W miesiącu sierpniu, pamiętnego roku 1945, odwiedziłem swego przyjaciela z diecezji Pińskiej ks. Jana Zieję, już urzędującego duszpasterza polskiego w mieście Słupsku. Ks. Zieja zachęcając mnie bym porzucił Warszawę i podjął za jego przykładem pracę na terenie Ziem Odzyskanych wśród przybyłych rodaków-pionierów, wskazał mi na wiszącą na ścianie mapę Pomorza Zachodniego, a na niej punkt z napisem Miastko. Była to mapa stara, może z XV lub XVI wieku, w języku polskim. 

  

Oto dlatego znalazłem się w Miastku, jako duszpasterz tutejszej parafii, może pierwszy kapłan Polak. Nazwa Miastko (jest więc starym polskim osiedlem). Prusacy w niewiadomym czasie zmienili nazwę na niemiecki Rummelsburg. Jedna i druga nazwa jest bezpretensjonalna: Miastko – bo prawdopodobnie nigdy nie stanie się miastem; Rummelsburg – że nigdy w nim nie było, a może i nie będzie porządku, a tylko harmider i bałagan. 

   Miastko było tak wcześnie zniszczone, że obecnie nie ma żadnych pamiątek historycznych. Germanizacja tej okolicy czeka jeszcze na swego badacza, a źródła historyczne Bóg wie, gdzie się znajdują. 

   O dziejach miasteckiego kościoła również nic wygrzebać nie można. Tama milczenia, jakby go tu nigdy nie było. Zostawiamy więc te rzeczy przyszłym badaczom, a będziemy pisali to, co wiemy. 

   Możemy z góry powiedzieć bez pomyłki, że te okolice uległy wyjątkowemu naciskowi germanizacji w ciągu wieków. Powstała wybitna niemiecka baza wypadowa na wschód. Żelazny kanclerz Otto Bismarck, by stanąć mocną stopą, kupił i zamieszkał w majątku Warcino położonym na północ od Miastka. Na obszarze całego powiatu od reformacji do roku 1917 nie można znaleźć śladu Kościoła Katolickiego lub choćby kaplicy. W powiecie nie było miejsca dla katolika, a tym bardziej dla Polaka. Powiat miastecki należał do parafii katolickiej w Koszalinie. Sytuacja na lepsze zmieniła się nieco w roku 1917. Towarzystwo św. Bonifacego kupiło dom mieszkalny przy obecnej ulicy Mickiewicza nr 3, obok starego śmietniska. W domu urządzono kaplicę p.t. Najświętszej Maryi Panny, a w innych pokojach mieszkanie dla księdza. Placówka nosiła oficjalny tytuł „Viea cirtus substitutus”. Który zaspakajał potrzeby duchowne około 250 wiernych zamieszkałych na terenie powiatu. Oficjalnie placówka należała do parafii w Koszalinie, do diecezji Berlińskiej. 

   Ostatni kapłan niemiecki z polskim nazwiskiem Grunzewski w lutym 1945 roku uszedł na zachód z cofającą się armią hitlerowską. Pozostała katolicka garstka Niemców i przybyli za armią Polacy, funkcjonariusze kolei i inni urzędnicy byli bez żadnej opieki religijnej i praktyk religijnych. Gdy więc w końcu sierpnia przyjechałem obejrzeć to miasto Miastko, urzędnicy kolejowi prosili mnie ze łzami w oczach, żebym osiadł w Miastku na stałe. „Był tu już jeden ksiądz oglądać, obiecał że przyjedzie, daliśmy mu nawet motocykl, ale nie wrócił” – mówili ze smutkiem kolejarze. 

   Dnia 31 sierpnia 1945 roku stawiłem się do dyspozycji ks. Administratora Edmunda Nowickiego. Gdy mu opowiedziałem, że już byłem w Miastku, wyraził niezadowolenie, że księża sami sobie wybierają parafie. Uśmiałem się w duchu z podejrzeń ks. Administratora. Mniemał zapewne, że to Miastko jest coś na pewno warte, skoro ktoś w tym czasie ubiega się o nie, gdy tymczasem zrobiło ono na mnie jak najgorsze wrażenie. W końcu ks. Administrator wręczył mi dokument bez daty i liczby następującej treści: Nominacja tymczasowa. Niniejszym mianuję ks. Jana Karnickiego wikariuszem substitutem kuracji w Miastku ( Rummelsburg ) z wszelkimi prawami i obowiązkami proboszcza do końca października br. Ks. Edmund Nowicki – Administrator Apostolski. Awans, jakiego można mi było pogratulować! 

II


   Należałoby się wreszcie przedstawić przyszłym czytelnikom niniejszej kroniki. Kim jest ten szczęśliwy wikariusz substitutus na kuracji w Miastku i pierwszy kronikarz piszący to wiekopomne dzieło. 

   Nazywam się, jak już wiecie, ksiądz Jan Karnicki z ojca Antoniego i matki Magdaleny z domu Micholniewicz. Urodziłem się dnia 26 stycznia 1908 roku w miejscowości Lucyń na Wileńszczyźnie. Seminarium duchowne ukończyłem w mieście Pińsku. Święcenia kapłańskie otrzymałem dnia 18 kwietnia 1935 roku. Po trzech latach wikariatu w Rubieżyczach powiat Stołpce w 1938 roku byłem pełniącym obowiązki proboszcza w Minaszewiczach powiat Łunimiec. W roku 1939 byłem administratorem parafii wojskowej w Słonimie. W tymże roku brałem udział w Kampanii Wrześniowej w roli kapelana 20 dywizji Piechoty, należącej do armii generała Kleeberga. Dnia 5 października 1939 roku, we wsi Krzywda, dostałem się do niewoli niemieckiej ( kapitulacja ). Po ucieczce z niewoli, czas okupacji spędziłem w województwie warszawskim, pełniąc w różnych parafiach funkcje pomocnika, a ostatnio kapelana SS. Urszulanek i Ochronki w Międzyszynie pod Warszawą. 

III


   Dnia 13 września 1945 roku przybyłem, z workiem na plecach, na stałe do Miastka. W Gdańsku na peronie wylegitymowany zostałem przez funkcjonariusza Milicji Obywatelskiej, który sądził, że złapał szabrownika. Niechlujny strój świeckiego, oraz prosty, a pełny wór wzbudził podejrzenie u funkcjonariusza porządku publicznego. Papiery okazały się w porządku, zaświadczenie P.U.R wskazywało cel podróży. 

   W pociągu musiałem zapłacić karę za brak biletu. Udającym się na Zachód przysługiwał darmowy bilet. Kasa w Warszawie wydała mi bilet do Gdyni, tłumacząc się brakiem kilometrażu do Miastka. W Gdyni kasjer nie dał mi biletu do Miastka, tłumacząc się tym, że na zaświadczeniu jest już pieczątka kasy warszawskiej. Adnotacji, że dano bilet tylko do Gdyni nie honorował. Zdecydowałem się więc jechać bez biletu, uważając że postępowanie kasy w Gdyni było bezprawne. W pociągu musiałem kupić bilet i zapłacić karę na ręce konduktora, który uważał mnie za pasażera na gapę. I tak z mego biednego portfela wyrwano mi niemal ostatnie grosze. Powstała przed oczyma groźba głodu, za co kupię sobie chleba, zanim coś wpłynie do kieszeni. O jakże prawdziwe są Słowa Zbawiciela – „ Litera zabija człowieka ” . 

IV


   Kolejarz Dąbrowski, rodem z Chojnic, z dworca zaprowadził mnie do swego mieszkania i nakarmił, całą dobę nic nie miałem w ustach. Następnie udaliśmy się do plebanii. Na plebanii mieszkała rodzina niemiecka. Niemka przyjęła mnie opryskliwie, grożąc mi, pobiegła na skargę do jakiegoś oficera radzieckiego. Nic nie wskórała – przyszła spokorniała. Zająłem jeden pokój bez okna. Dom w dużym stopniu zrujnowany. W ziemi leżał, dużego kalibru, pocisk artyleryjski, który po przebiciu dwóch ścian nie eksplodował. 

   W kaplicy ołtarz bez lampki i obrazów, drzwiczki od tabernakulum wyłamane. Zakrystia bez okien, parametrów i ksiąg ani śladu. Z napisu na ścianie wnioskuję, że przez pewien czas był tu skład pierzyn i poduszek. 

   Mieszkanie na piętrze, za wyjątkiem dwóch pokoi zajętych przez Niemców, jest bez szyb, w niektórych nawet i ram brakuje, a mebli ani węchu. A wszędzie tylko śmiecie, na dole, na górze, na podwórzu kupa śmieci. Najpierw zacząłem własnoręcznie wymiatać, a potem wyciągać taczką na śmietnik. W śmieciach na podwórku znalazłem trybularz i łódkę, pokryte grubo śniedzią. Potem znalazłem naczynia do noszenia wiatyku, do chorych. Opłacało się więc kopać w śmietniku. Tu leżały, już resztki zgniłych ksiąg liturgicznych i parametrów. W kolejności pozabijałem deskami okna na dole. 

V


   W pierwszą niedzielę miała być odprawiona Msza święta. Okryliśmy obrusem ołtarz, postawiliśmy kwiaty. Paramentra mam swoje: przywiozłem ornat, kielich i mszał, brak tylko alby. Na szczęście w pokoju, na podłodze znalazłem podgniłą, podartą, brudną albę, w której wyszedłem do ołtarza. Niezapomniana to była Msza święta. Długie lata wspominano tę albę. Na Mszę świętą przyszło kilkadziesiąt osób. 

VI


   Magister Wacław Kowalski, pierwszy polski starosta przybyły z kilkoma urzędnikami już w maju do Miastka, udzielił mi zapomogi w sumie 500 złotych z własnej kieszeni, chociaż go o to nie śmiałem prosić. 

   Obiady jadłem w Czerwonym Krzyżu, który prowadził ogólną stołówkę. Śniadania i kolacje jadłem w domu. Gdyby nie pomoc mieszkańców parafii Brzeźno Szlacheckie, musiałbym uciec z Miastka z powodu braku środków do życia. Mieszkańcy Brzeźna, Kaszubi Diecezji Pelplińskiej, gdy dowiedzieli się, że jestem w Miastku, nie mając swego księdza zamawiali Msze święte za swoich zmarłych, za co ofiarowali mi często dary w naturze, trochę np. masła, lub niedużą ofiarę pieniężną. Tak przetrwałem najtrudniejsze dwa miesiące. W miesiącu grudniu odwiedziła mnie moja siostra Anna, repatriantka zza Bugu. Ona to pojechała do mego ojca i przywiozła 10 000 złotych. 

VII


   Do Miastka wróciły będące na przechowaniu w Brzeźnie u pani Brzezińskiej, umieszczone tam przez księdza Grunzewskiego, monstrancja i kielich. 

   Pan Dębicki wystarał się u SS. Felicjanek w Tarnowie albę, fioletowy ornat i zieloną starą kapę. Była to bezinteresowna ofiara sióstr. 

Parafianki ufundowały komże i alby. 

Parafianin Nizinkiewicz, naczelnik Urzędu Skarbowego w Miastku, ofiarował piękny duży dywan na stopnie ołtarza. 

VIII


   Przybywało coraz więcej ludzi. W kaplicy już nie mogli się pomieścić. W Miastku na rynku był kościół ewangelicki. Ewangelicy mieli pastora z Berlina, który odprawiał im nabożeństwa. Pastor na zarządzenie władz wyjechał do Niemiec. Zacząłem starania o zajęcie kościoła. Chociaż pastor wyjeżdżając oddał mi klucze od kościoła, władze powiatowe nie były kompetentne do przekazania kościoła w nasze ręce. Należało starać się o to w Warszawie. 

   Dnia 20 grudnia zjawił się u mnie w towarzystwie funkcjonariusza bezpieczeństwa publicznego, przedstawiciel garnizonu radzieckiego, major Dargiel z propozycją niezwłocznego objęcia w posiadanie i używanie miejscowego kościoła ewangelickiego. Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa otrzymał polecenie udzielenia mi pomocy przy dostosowaniu go do kultu katolickiego. Czterdziestu ludzi w ciągu dwóch dni wyrzucało obrzydzające i zaciemniające kościół balkony oraz urządzono prowizoryczny ołtarz. 

   Korzystając z zezwolenia Księdza Administratora Edmunda Nowickiego, udzielonego mi ustnie, na poświęcanie kościołów ewangelickich, dnia 25 grudnia 1945 roku w IV niedzielę Adwentu w obecności wicestarosty i burmistrza miasta, dokonałem poświęcenia świątyni. Była to podniosła i radosna chwila. 

   Tak zakończyliśmy Rok Pański 1945.

Aktualności

Logo parafii

Msze święte

Niedziela

7:00
8:30
10:00 - suma
11:30 - dla dzieci
13:00 - dla młodzieży
18:00

Dni powszednie

7:00
18:00

Szpital

niedziela - 13:30

Świeszyno

niedziela - 9:00

Diecezja

Czytelnia

Blog bez piuski

Do obejrzenia TV